Aconcagua 6962 m.n.p.m.

Termin: 1- 28 luty 2006

„Ten kto porzuca stare życie dla nowego, wie, co traci, ale nie wie, co znajdzie” przysłowie sycylijskie  Ja odkryłem góry na nowo.
Organizator: Polski Klub Alpejski
Uczestnicy:

aconcagua

  • Bogusław Magrel 
  • Maciek Westerowski
  • Darek Stolarczyk
  • Filip Pawluśkiewicz
  • Hubert Przybyszewski
  • Paweł Kajzerek
  • Radosław Dudek
  • Marcin Młotkowski
  • Tadeusz Henzel
  • Darek Sokołowski
  • Jakub Bielerzewski
  • Andrew Wilkus

Aconcagua 6962 mnpm, najwyższy szczyt Ameryki Południowej, leżąca w Argentynie tuż obok granicy z Chile była celem wyprawy Polskiego Klubu Alpejskiego, w której miałem przyjemność uczestniczyć. Sam pomysł powstał w mojej głowie już w lipcu 2005 roku po tym jak nie doszła do skutku moja wyprawa na Kilimandżaro na skutek nie dogrania terminów. Zaczęłem wtedy szukać w miarę ambitnego celu w terminie kiedy mogę sobie wziąć wolne ( tz. wakacje studenckie) i najbliższym akceptowalnym był luty. Po kilku rozmowach ze znajomym, który był na Ance w 2005 roku wybrałem szczyt i organizatora. Po udanym przejściu testów eliminacyjnych w Tatrach zostałem członkiem wyprawy. Moje przygotowania trwały kilka miesięcy jednak ponieważ nie mogłem wyjechać w Alpy koncentrowały się głównie w Beskidach a w szczególności na Pilsku. Ostatnie 2 miesiące to przede wszystkim kilkakrotne podchodzenie na skiturach na Pilsko dwa razy w tygodniu, i bieganie około 8 km. co drugi dzień.Aconcagua szczyt

Dziennik wyprawy

1-28 luty 2006
1 lutego, wczesnym rankiem, spotkałem się z Bogusiem i 5 uczestnikami wyprawy na lotnisku w Warszawie. Holenderskimi liniami KLM udaliśmy się z dwoma przesiadkami do Buenos Aires, gdzie zatrzymaliśmy się w Hostelu „One”. Tam dołączyła do nas reszta ekipy. Następnego dnia po przylocie wsiedliśmy w super komfortowy autobus do Mendozy, gdzie załatwia się wszystkie formalności związane z pozwoleniem na atakowanie szczytu, kupuje jedzenie oraz gaz. Wszystko zorganizowaliśmy w ekspresowym tempie i kolejnym autobusem udaliśmy się w Andy. Tam już na przełęczy Los Penitentes rozpoczęliśmy organizowanie karawany. Przepakowywanie bagażu w worki, które do bazy miały dotrzeć na grzbietach mułów zajęło nam czas do wieczora. Dzięki profesjonalizmowi i znajomościom naszego leadera organizacja karawany przebiegła błyskawicznie. Wieczorkiem kolacyjka w otwartej na przełęczy o dziwo knajpce i spać, bo jutro miało się zacząć…Los Penitentes
Rano dopisywała piękna pogoda, widoki jak z przełęczy w Dolomitach. Wsiadamy do auta naszego organizatora karawany Fernando Grajalesa i jedziemy do granicy parku narodowego Aconcagua skąd po raz pierwszy widzimy naszą górę. Kilka formalności w baraku rangersów i wyruszamy na pierwszy dzień trekkingu do bazy Plaza de Mulas ( ok. 4300 m n.p.m.). Już po 3 godzinach jesteśmy w miejscu pierwszego biwaku. Ponieważ mamy sporo czasu, po południu podchodzimy jeszcze na ok. 3800m aby uzyskać aklimatyzację i zobaczyć zachodnią ścianę Aconcagua. Po powrocie spanko, bo na drugi dzień kolejna część trekkingu. Nazajutrz, po 8 godzinach intensywnego marszu, z lekkim bólem głowy dochodzimy do bazy na wys. ok. 4300mnpm. Tam czeka nas zameldowanie u rangersów, otrzymanie woreczków na „kupkę” w wyższych obozach, rozłożenie namiotów bazowych i w końcu zasłużony odpoczynek. Ku memu zdziwieniu w bazie można kupić jedzonko (całkiem dobre), piwko (tylko 10$ za litr), zatelefonować do Polski, skorzystać z internetu i wziąć ciepły prysznic ( jedyne 10$). Po dniu odpoczynku pierwsze wyjście z depozytem do pierwszego obozu na przełęczy Nido de Condores.

Aconcagua Nido de Condores
Podczas podejścia spotykamy „konkurencyjną” ekipę z Polski, w składzie której idzie Martyna Wojciechowska. Po miłej rozmowie żegnamy się w obozie przejściowym i po 4,5 godzinach meldujemy się na przełęczy ,kilka fotek, rozpakowanie plecaków i po dwóch godzinach zejście do bazy. Dzień odpoczynku i znowu w górę. Tym razem nocleg w obozie pierwszym, następnie wyniesienie depozytu do obozu drugiego – kolejny rekord wysokości- to już prawie 6100 mnpm, i kolejny nocleg w „jedynce”. Aconcagua Berlin
Niestety ok. 2giej w nocy budzę się z potwornym bólem głowy, lekceważę go, ale po wyjściu rano z namiotu już wiem że nie jest dobrze. Szybko biorę plecak i w dół, schodzę ponad 4 godziny (więcej niż podchodziłem), kładę się w bazowym namiocie i po 30 minutach jest jakby lepiej. Koledzy wyciągają mnie na piwo i jest już dobrze. Dwa dni odpoczynku, w tym impreza po sukcesem zakończonym na Ancę wejściu Martyny i jej ekipy, sprawdzenie prognozy pogody, która zaczęła płatać figle i w górę na szczyt. Pierwszy obóz, zawieja śnieżna – pół metra śniegu, drugi obóz i kolejny opad śniegu, ale trudno – decyzja jutro atakujemy. Pobudka – o 2ej w nocy razem z moim partnerem Darkiem jesteśmy gotowi do wyjścia. Pierwsza część podejścia aż do tzw. trawersu, mimo torowania w głębokim śniegu przebiega idealnie. Aconcagua trawers
Dogania nas Boguś i dalej ruszamy razem. Jednak po wyjściu na grań strasznie wieje i jest zimno. Idę za Bogusiem, który na trawersie o dość sporym nachyleniu toruje w śniegu po pas (ciekawe co zostaje po człowieku jeśli zleci z lawiną kilka kilometrów w dół), ale muszę odpocząć. Czołówka świeci trochę słabiej, kilka minut odpoczynku i nie ma śladów ani Bogusia. Czekam z godzinę na chłopaków i próbujemy podjąć decyzję co robimy. Jednak mistrz motywacji Boguś przez radiotelefon nie zostawia nam wyboru – w górę!… jakoś poszło, kończymy trawers ( chyba nie tak jak powinno się iść) i wreszcie jesteśmy w żlebie – pozostało już niewiele. Jednak warunki, śnieg i wysokość powodują, że podchodzimy nim ponad dwie godziny.

10.30 Aconcagua zdobyta!

Jesteśmy z Darkiem na szczycie, gdzie czeka już na nas Boguś. Jestem mu wdzięczny za motywację i za to że udało mi się stanąć na szczycie. Jest super. Pogoda zrobiła się idealna, widoki zapierają dech i ta południowa ściana… Dochodzą chłopaki: Andrew, Filip, Paweł i Marcin.

Aconcagua 6962 mnpm
Dość długo siedzimy jeszcze na szczycie, cieszymy się, ale czas na dół. Zejście jest dla mnie w miarę szybkie, kilka zdjęć po drodze, dochodzę do namiotu Huberta, trochę rozmawiamy, namawiam go do ponowienia ataku jutro, schodzę do „dwójki” i czekam na chłopaków. Dochodzą po kilku godzinach – widać, że mieli problemy. Skromna kolacja, Daro mówi, że chyba nie jest dobrze z jego palcami u nóg . Nasz wyprawowy lekarz Paweł decyduje – aspiryna a za 2 godziny zastrzyk, jeśli nie pomoże. Niestety zasypiamy a rano jest już źle. Zastrzyk, ciężko ubrać buty (skorupy ASOLO) i na lekko Daro schodzi w dół. Ja biorę resztę i razem z Marcinem, który też nie czuje się najlepiej schodzimy. Paweł z Filipem zostają w „dwójce”, bo Hubert z Tadkiem ponawiają atak (przy dobrej pogodzie stają na szczycie). Do bazy idziemy długo, jeszcze trochę depozytu z jedynki (dobrze, że część wzięli rangersi), mój plecak jest już ciężki, wisi na nim za dużo, ale cóż ostatni raz w dół. Po drodze spotykamy chłopaka, który dzień przed nami był na szczycie, mówi, że się zgubili i idzie do góry, bo jego brata z kolegą ciągle nie ma. Schodzimy z nim razem .W bazie pod Aconcagua, palce Darka wyglądają fatalnie, wizyta u lekarza i szybka decyzja- helikopter i do szpitala w Mendozie. Wieczorem wracają Paweł z Filipem, widać, że też są zmęczeni. Następny dzień to już tylko odpoczynek, schodzą chłopaki i na szczęście znajduje się zaginiona dwójka cała i zdrowa. Myślę, że mieli dużo szczęścia, ale kto go nie ma …… Aconcagua Plaza de Mulas
Już tylko pakowanie, szykowanie worków na muły i w dół. Po 7 godzinach truchtu jesteśmy na granicy parku narodowego Aconcagua. Chyba obtarły mnie buty, ale teraz to już nie ma znaczenia – teraz czas na zasłużony odpoczynek. Znowu Los Penitentes, jutro 20 luty moje 34 urodziny, ciekawe jaki to będzie dzień. Rano decyzja RAFTING, bus na dół, przebieramy się i do pontonów. Byłem nastawiony sceptycznie, ale było super. A potem impreza, piwko (cały koszyk) polska wódka i cola z fantą, nocleg pod gołym niebem na plastykowych leżankach nad jeziorkiem, sto lat słyszane tak daleko od domu – po prostu bomba, takich urodzin jeszcze nie miałem- dzięki chłopaki.Rafting
Rankiem busikiem jedziemy do Chile, zatrzymujemy się w Hostelu INDIANA – rewelacja, co za folklor, zwiedzamy Santiago potem jedziemy nad ocean, gdzie dwa dni odpoczynku, nocleg w hotelu na godziny, kilkupoziomowa dyskoteka i te dziewczyny z Valparaiso. Powrót to 26 godzin w autobusie (za to z atrakcyjną stewardesą) do Buenos, następnie ostatnie zakupy, Buenos nocą a rano lotnisko i pożegnanie z Bogusiem (szczęściarz jedzie jeszcze do Wenezueli), a my znów KLM z dwoma przesiadkami do domu. A w Warszawie zimno, śnieg, szkoda, że wakacje nie trwają wiecznie.

Zdjęcia z wyjazdu znajdziecie TUTAJ.

Dodaj komentarz