Annapurna BC

Termin: 9.04 – 3.05.2011

Tym razem realizuję swoje pierwsze wysokogórskie marzenie, czyli odwiedzenie sanktuarium Annapurny i Annapurna BC, pod południową ścianą tego ogromnego masywu. Jego realizacja zajęła mi ponad 20 lat, i po osiagnięciu celu wiedziałem, że to już właściwie nie to czego oczekiwałem. Miejsce robi wrażenie, ale widziałem już większe ściany, spróbowałem swoich sił na kilku wysokich górach i sam treking to dla mnie za mało. Ale mimo wszystko warto było !!! Wszak marzenia są po to aby je spełniać.Annapurna BC treking

RELACJA
9.04
 Z Warszawy tym razem bardzo budżetowo bo ukraińskimi liniami Aero Svit z przesiadką w Kijowie lecimy do Delhi. Sam lot przebiega bezproblemowo i o drugiej w nocy lądujemy na nowym terminalu w Delhi.
10.04 Nowy terminal w Delhi robi wrażenie. Spore rozmiary, prawie 10 minut ruchomymi chodnikami jedziemy do miejsca odprawy paszportowej i odbioru bagażu. Po raz kolejny decydujemy się wykupić prepaid taxi, chociaż istnieje już linia metra z lotniska do centrum, i jedziemy do znanego nam hotelu Hare Krischna. Sam widok Delhi wysprzątanego, z pomalowanymi krawężnikami i kostkowymi chodnikami oraz widok asfaltu w naszej turystycznej dzielnicy Paharganj nie przypamina tego co widzieliśmy rok wcześniej. Lokujemy się w znanym nam pokoju z klimatzacją za jedyne 750 rupi i odsypiamy lot. Po południu naszym głównym celem jest dworzec kolejowy gdzie po kilku próbach wreszcie udaje nam się kupić bilety na pociąg do Waranasi 216 rupi.( kasa biletowa dla turystów znajduje się na 1 piętrze dworca New Delhi – my mimo, że o tym wiedzieliśmy trafiliśmy tam dopiero za trzecim razem dając się dwa razy nabrać miejscowym naciągaczom i nawet oficjalnym kasjerom, którzy wysyłali nas do agencji gdzie bilety są dwa razy droższe.
11.04 Cały dzień leniuchowania z jedyną wycieczką do Jama Masjid meczetu, którego nie udało nam sie zwiedzić w ubiegłym roku. Tym razem nie musimy płacić za bilet wstępu tylko…250 rupi za aparat:). Jak to zwykle w indiach bywa po 15 minutach zostajemy wyproszenie gdyż zaczyna się nabożeństwo…. Wieczorem meldujemy się w pociągu, który przypomina nam trochę ukraińskie kuszetki, zajmujemy dolne prycze, plecaki przywiązujemy pod nimi, podpisujemy oświadczenie, że zdajemy sobie sprawę jak niebezpieczne może być podróżowanie pociągiem i po 12 godzinach budzimy się w Waranasi.
12.04 Waranasi to położone nad Gangesem święte miejsce dla hinduistów, miejsce rytualnych pielgrzymek i miejsce pochówku milionów osób. Po wyjściu z pociągu zmieszamy się z tłumem pielgrzymów i znów prepaid taxi jedziemy w stronę wybranego przez nas hotelu. Taksówkarz po 15 minutach wysadza nam pod hotelem z podobną nazwą mówiąc, że to tu:). Nie udaje mu się jednak zawrócić w wąskiej uliczce starego miasta i zmuszony jest zawieźć nas kilka kilometrów dalej. Wysadza nas na końcu ruchliwej ulicy, mówiąc, że dalej nie może jechać. Potwierdza to kierujący ruchem policjant więc piechotą w 40 stopniowym upale z bagażami na plecach udajemy się nad Ganges w poszukiwaniu hotelu. Po 15 minutach docieramy nad świętą rzekę i przez następną godzinę wśród pielgrzymów, mijając kolejne gathy idziemy w stronę hostelu Scinthia. Wreszcie lądujemy w pokoju bez klimatyzacji za 750 rupi, z pięknym widokiem na Ganges i z kilkoma jaszczurkami na ścianach:) usytuowanym przy Scinthia Gate miejscu rytualnego palenia zwłok. Trochę odpoczywamy i znów znaną drogą wzdłuż Gangesu udajemy się zpowrotem na dworzec kolejowy a następnie autobusowy gdzie kupujemy za 206 rupi bilety na autobus do granicy z Nepalem. A potem czas na zwiedzanie…
13.04 Cały dzień w Waranasi, które właściwie zwiedziliśmy idąc do hotelu:). tym razem decydujemy się na rejs łódką o wschodzie słońca wzdłuż Gangesu. Podziwiamy palące się zwłoki, kąpiących się, piorących, golących, medytujących, śpiących, jedzących, łowiących ryby ludzi, kąpiące się święte krowy itd… Tak więc całe życie spotyka się nad Gangesem, który jest miejscem pochówku, łaźnią, pralnią, a jego brzegi restauracją, noclegownią miejscem pikników. Zastanawiamy sie co by się stało gdybyśmy to my wykąpali się w świętej rzece. Po południu zwiedzamy jeszcze górujący nad rzeką meczet i udajemy się na dworzec. Wsiadamy do zwykłego kursowego autobusu, dostajemy miejsca na samym jego końcu, bagaże lądują pod nami więc niby wszystko w jak najlepszym porządku… ale tylko do pierwszej dziury gdy wylatujemy waląc głową w sufit:) I tak przez następne 12 godzin budząc zainteresowanie tubylców staramy się choć na chwilę zamknąć oczy…
14.04 Pobudka o 6 rano, jakaś wioska na końcu świata, ja nie czuję pleców a tu każą nam wychodzić. To już koniec naszej przygody z indyjskim autobusem. Kilkaset metrów dalej ktoś o podartej koszuli stojąc przy czymś co kiedyś było biurkiem każe nam pokazać paszporty. Nic z tego myślę choćby nie wiem co ale paszportu nikomu tu nie dam. Chwila dyskusji i okazuje się, że to posterunek graniczny!!! Jednak wyciągamy paszporty:) dostajemy po stempelku i tym razem z większą uwagą szukamy posterunku nepalskiego.Tu podobnie chociaż zatrudnienie posterunku trochę większe… jeden pan od spojrzenia w paszporty, drugi od wiz, trzeci od skasowania za nie po 40$, czwarty do przyklejenia ich w paszport i piąty sam szef do podpisania ich!!! Wymieniamy kasę i pędzimy do autobusu jaki jedzie „krótszą” drogą czyli przez góry do Pokhary (560 nepalskich rupi). Ile czasu można jechać 200 km.??? Otóż aż dziesięć. Z tym, że to nie zła jakość drogi jest tego przyczyną tylko częstość przystanków. Autobus staje przy każdym zabudowaniu a nawet na środku drogi gdy przechodzą ludzie. Orzyk Pokhara, Pokhara słychać co minutę. Autobus pełny ludzi, dzieci wymiotują, dorośli siadają prawie na naszych kolanach, duszno, że trudno wytrzymać…a może 22 godziny w autobusach to po prostu dla nas za dużo? Już wiemy, że drogę powrotną pokonamy samolotem. Wreszcie docieramy wieczorem do Pokhary. Pierwszy i niestety ostatni raz o zachodzie słońca widzimy robiące stąd olbrzymie wrażenie szczyty masywu Annapurny. Lokujemy się w hoteliku U&I za 600 nepalskich rupi wypijamy piwko Everest i prawie natychmiast zasypiamy. Prawie bo w Nepalu świętują dziś Nowy Rok!!!
15.04 Śpimy prawie do południa, potem śniadanie i wychodzimy rozejrzeć się po Pokharze. Musimy załatwić permit na treking i Timsa. Znajdujemy Turist Office i tu pierwsza niespodzianka. Każdy z nas musi mieć aż 4 zdjęcia do Timsa i permitu. Robimy je u „fotografa” obok za 500 rupi a następnie wyrabiamy potrzebne dokumenty. Drugą niespodzianką jest to ile za nie płacimy a mianowicie 3500 rupi od osoby. po załatwieniu formalności udajemy się nad jezioro aby trochę odpocząć. Pokhara to jedna ulica wzdłuż jeziora przy której jest mnóstwo hotelików, restauracji i sklepów turystycznych. Chodzimy od sklepu do sklepu, wykorzystujemy happy hours w barach, kupujemy kurtki puchowe i to właściwie tyle. Jednym słowem maniana.
16.04 Powtórka z rozrywki. Kasia jest mocno przeziebiona więc kontynujemy nasz tour de Pokhara raz jeszcze. Ceny piwa Everest lub Nepal Ice to ok. 260 rupi za dużą butelkę. 🙂
17.04 O 7 rano wsiadamy do taksówki i za 1100 rupi jedziemy do Nayapul skąd rozpoczynamy nasz trek. Najpierw wzdłuż straganów schodzimy trochę w dół w stronę rzeki, przechodzimy przez most i po 20 minutach dochodzimy do punktów kontrolnych w Birethanti. Zatrzymujemy się tu na śniadanie, po którym odwiedzamy miejscową pocztę, na której wysyłamy kartki do Polski. (dotarły!!!) Następnie nowo budowaną drogą do Lamdawali skąd zaczynamy naszą drogę po schodach w niemiłosiernym upale i duchocie. Jeszcze nie wiemy, że treking do Annapurna BC to stairways to heaven 🙂 Ok. 15 kończy się nasza męka i zatrzymujemy się na nocleg w pierwszej lodge w Ulleri. Pokój dwuosobowy z łazienką kosztuje tylko 300 rupi. Pogoda niestety psuje się i zaczyna padać deszcz, który przechodzi wkrótce w prawdziwie monsunową burzę.Annapurna BC treking
18.04 Po 8 wychodzimy. Najpierw znów po schodach, potem trochę łagodniej pniemy się w górę. Pogoda niestety burzowa. Ciągle grzmi, siąpi deszcz. W czasie mocniejszej ulewy szukamy schronienia w mijanych lodgach.Droga prowadzi cały czas przez rododendronową tropikalną dżunglę. Nie spodziewałem się takich krajobrazów w Himalajach. Jeszcze kilkaset metrów w górę i stajemy na przełęczy w Ghorepani ( 2858 m.n.p.m.) Lokujemy się w niezbyt przytulnej ale z pięknym widokiem na Dhaulagiri Mountain Viev lodge. Kilka chwil słonka, domyślamy się, że za chmur wyłania się Dhaulagiri i znów burza. Kładziemy się spać wcześnie, gdyż jutro idziemy na Poon Hill na wschód słońca.
19.04 Pobudka o 4.45. Szybko wychodzimy z lodge i po 45 minutach stajemy na szczycie Poon Hill. Jest wilgotno, zimno, na szczycie mnóstwo ludzi, tylko …brak słońca i widoków. Krajobraz przypomina gorczańskie hale a w oddali zamglone jakby…Tatry. Jedynie namalowana panoramka pokazuje jak wygląda to gdy ma się szczęście do ładnej pogody. Kilka zdjęć i w dół na śniadanie. Potem zakupy w miejscowym sklepiku i idziemy w dalszą drogę. Mijamy kolejne wzniesienia i nagle wbrew mapie zaczynamy kilkuset metrowe zejście. Znów wchodzimy w tropikalną dżunglę. Jeszcze na koniec 200 metrów podejścia i przed deszczem chronimy sie w Tadapani. Niestety ciężko tu o miejsce, jednak powołujemy sie na naszego kolegę i dostajemy pokój. Tym razem na kolację pyszna nepalska pizza, Everest beer i piecyk ogrzewający nogi pod stołem. A za oknem …. „ciągle pada…”
20.04 Rano wreszcie niebieskie niebo. Za oknem południowa Annapurna i święta góra Machhapuchhare. Śniadanie z takim widokiem smakuje rewelacyjnie. Odwlekamy moment wyjścia ale droga nas wzywa. Przez malownicze wioski, podziwiając tarasowe poletka idziemy raz w dół raz w górę. Dopiero tu widać jak ciężką pracą są tu żniwa. Dochodzimy do Chhomrung. Jest jeszcze wcześnie, nie umiemy się zdecydować czy zostajemy tu na noc, czy zatrzymujemy się na lunch. Schodzimy „milionem” schodów w dół. Doganiam Kasię, która czeka na mnie siedząc na schodach i nagle słyszę ” Wester to ty???” Spotykamy Marka Blondiego ze swoją grupą. Spotkanie przy sklepie powoduje, że kupujemy kilka puszek piwa i wracamy do Chhomrung. Zatrzymujemy sie w Cottage lodge znanej z opisanego nawet w The Times ciastka „murzynka”. Spędzamy bardzo miłe popołudnie i wieczór.Annapurna BC treking
21.04
Wspólne śniadanie i ruszamy w przeciwnych kierunkach. My znów w dół do sklepu, potem dalej aż do mostu, skąd rozpoczynamy podejście.Pogoda jak zwykle szybko się psuje. Już w deszczu dochodzimy do Dovan, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Właściwie cały czas spędzamy na jedzeniu i spaniu a za oknem ….”ciągle pada…”
22.04 Trochę po 7 wyruszamy w drogę. Pogoda wreszcie dopisuje. Dolina się rozszerza, widać wreszcie ośnieżone szczyty. My raz w górę raz w dół, kilkakrotnie przekraczając rzekę idziemy w stronę Machhapuchhare BC. Znajdujemy naszą lodge, udajemy się na krótką drzemkę, wstajemy a… za oknem śnieżyca i conajmniej 10 cm. śniegu. Jest zimno myślę, że conajmniej 5 stopni poniżej zera. Właściwie jemy, pijemy masala tea i czytamy książkę Simone Moro ” Kometa nad Annapurną”. Właściwie przestaję, wierzyć, że jutro zobaczę to miejsce, które Simone tak fajnie opisuje. Nastawiam budzik na 4 rano i kładziemy się spać.Annapurna BC treking

23.04 Annapurna BC

Olewam pierwszy budzik, budzę się o 4.20 wychodzę na dwór a tam … gwieździste niebo w górze kilkanaście światełek podchodzących ludzi. 10 minut później ubrani we wszystko co mamy ruszamy w górę. Dobrze, że nie musimy torować w świeżym śniegu bo zrobili już to za nas. Słonko powoli oświetla szczyty. Za zakrętu doliny powoli wyłania się Annapurna. W oddali widać już bazę. Wiem, że nie zdążymy do niej zanim rozpocznie się spektakl świetlny w sanktuarium. Szybka decyzja i wdrapuję się na morenę. To strzał w dziesiątkę. Mimo, że widoczność nie jest doskonała wreszcie widzimy południową ścianę Annapurny. Przypominam sobie opisy Simone wyszukuję drogę, którą próbowali zrobić. Już oświetleni promieniami słonka dochodzimy do bazy. Tu mnóstwo ludzi. Dobrze, że zatrzymaliśmy się wcześniej i wschód obejrzeliśmy w samotności. Pijemy herbatę i idziemy na spacer.Wkrótce znów jesteśmy sami, tylko z masywem Annapurny. Ściana robi wrażenie, tylko, że jest stosunkowo daleko od nas. Południowa Lhotse, którą oglądałem rok temu była znacznie bliżej. po 2 godzinach wracamy do bazy. Opalamy się, wypijamy piwko, które tu na ponad 4100 metrów smakuje wybornie. Wreszcie też aparat ma co robić. Pstrykam foty jedna za drugą. W końcu ruszamy powoli w dół. Znów większość drogi idziemy całkowicie sami. Wiemy, że mieliśmy niesamowite szczęście, bo pogoda siadła nam akurat dziś. Po godzinie jesteśmy w lodge. Kładziemy się na popołudniową drzemkę a wieczorem …”ciągle pada…”Annapurna BC treking
24.04 Wielkanoc. Dla Kasi to pierwsze Święta poza domem. Zamawiamy jajka na twardo i tosty. To nasze wielkanocne śniadanko. Szybko pakujemy się bo dziś mamy najdłuższą trasę. Niby ciągle w dół ale na deser znane już nam podejście do CHhomrung. Dochodzimy tam na 17, bierzemy pierwszy od kilku dni gorący prysznic no i na deser zamawiamy słynne ciastko. Podane z budyniem jest pyszne. Najedzeni a właściwie napchani kładziemy się spać.
25.04 Zgodnie z tradycją budzę Kasię polewając ją lodowatą wodą. Potem oczywiście kolejne świąteczne śniadanie tym razem uzupełnione tuńczykiem, pożegnanie z przemiłymi gospodarzami i rozpoczynamy odwrót. Jest gorąco i parno. Cały dzień uciekamy przed burzą. Najpierw schodzimy do najdłuższego wiszącego mostu na trasie zwanego „new bridge”. Przejście przez niego dostarcza nam sporo emocji, gdyż oprócz kołysania i przechyłu jest on tak spróchniały,że trzeba uważać na każdy krok. Chwilę później w dżungli napotykamy ołtarzyk „voodoo”. Powolnym podejściem osiągamy prześliczną wioskę Landruk a następnie droga prowadzi nas do Tolka. Chcemy iść dalej ale burza krzyżuje nam plany. Zatrzymujemy się na noc w Ram lodge. To nasza ostatnia noc w Himalajach.
26.04 Dziś już tylko zejście. Po 4 godzinach jesteśmy przy drodze w Phedi. Wsiadamy do miejscowego autobusu i docieramy na przedmieścia Pokhary. Ponownie wybieramy nasz hotelik i powtarzamy nasz tour de Pokhara. próbujemy kupić bilety na autobus do Kathmandu ale niestety jest strajk. Zapewnieni, że autobusy do parku narodowego Chitiwan kursują kupujemy 2 dniową wycieczkę z powrotem do Kathmandu.
27.04 Rano o 6.30 jesteśmy na dworcu gdzie dowiadujemy się, że strajk rozszerzył się na cały Nepal. To dziwna informacja bo 2011 rok miał być rokiem turystyki bez strajków i manifestacji. A nas czeka znów główna ulica Pokhary.:)Annapurna BC treking
28.04 – 29.04 Znów 7 godzin w autobusie, przejażdżka na słoniu, poranne oglądanie ptaków i kolejne 7 godzin w autobusie i jesteśmy w Kathmandu.
30.04 – 1.05 Zwiedzamy Kathmandu, Bhaktapur, włóczymy się po Thamelu, jednym słowem sielanka. Humory psuje nam tylko monsunowy deszcz. Niestety Nepal szykuje sie na zmiany. Pochód 1-majowy jest okazją do demonstracji i poparcia dla komunizmu. każdy przekonuje nas, że komunizm na wzór Chin jest rewelacyjnym rozwiązaniem dla Nepalu. Czas pokaże czy maja rację.
2.05 – 3.05 Powrót do domu. Najpierw bez przygód lecimy do Delhi za 80$, a potem już z przygodami przez Kijów, Budapeszt wracamy do Warszawy, gdzie lądujemy w zadymce śnieżnej. na dodatek auto pozostawione na parkingu odmawia nam posłuszeństwa 🙁

Wyprawę wspierali NZOZ All-Medicus i Przychodnia Medycyny Pracy i testów psychotechnicznych.

FOTY Z WYJAZDU MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ

Dodaj komentarz