Chan Tengri 7010 m.n.p.m.

Termin: 26.07 – 20.08.2010Khan Tengri

Chan Tengri – w języku ujgurskim i tureckim jego nazwa oznacza Pan Niebios. Jest drugim co do wysokości szczytem Tien-Szanu, a zarazem najbardziej na północ wysuniętym siedmiotysięcznikiem na Ziemi. Leży na granicy Kirgistanu i Kazachstanu, którego jest najwyższym szczytem. Pierwszego wejścia dokonał w 1931 roku Michaił Pobrebecki. Chan Tengri uznawany jest za jedną z najpiękniejszych gór świata. Jego masyw zbudowany jest z marmuru, dzięki czemu podczas zachodu słońca góra przybiera barwę purpurową. Podobno najpiękniej prezentuje się widziany z wierzchołka Piku Pobiedy.Szczyt zdobywać będziemy drogą od północy na dole nie narażoną na lawiny seraków. Odcinek górny jest trudniejszy technicznie i eksponowany, pewne niebezpieczeństwo wiąże się też z bardzo złym stanem lin poręczowych.
Organizator: Klub Skialpinistyczny KANDAHAR, Polski Klub Alpejski
Uczestnicy:

  • Maciej Westerowski
  • Jacek Żebracki
  • Patryk Nosalik
  • Wojtek Suchy

Chan Tengri Relacja:

Już o 3 rano dzwoni budzik. Szybkie śniadanie, jeszcze dwie płyty zgrane na MP3 i jadę na dworzec. Spotykam się tam z Olą i Grzesiem i wspólnie bez przeszkód docieramy na lotnisko w Warszawie. Moja torba waży aż 30 kg, a plecak podręczny jest sporej wielkości. Mimo to przy bagażu Oli wygląda to bardzo skromnie. Ola leci Areoflotem i musi kombinować z nadbagażem ale naszywki na jej polarze z orzełkiem, logiem PZA itd. Robią wrażenie i udaje jej się to, a my z chłopakami Turkishem więc nie musimy się tym aż tak martwić. Z lekkim opóźnieniem wylatujemy do Istambułu skąd dalej do Bishkeku. Pamiętam tylko, że w samolotach było dobre jedzenie i na początku bardzo silne turbulencje, resztę czasu przespałem.
27.07 O 4 lądujemy w Bishkeku. Prawie dwie godziny spędzamy w kolejce po wizę kirgizką ( 70$ lub 60 Euro) i kontrolę paszportową. Na szczęście bagaże nie zaginęły i cierpliwie czekają na nas. Spotykamy się z ekipą z KW Bielsko i Irkiem Wolaninem, z którymi to podróżować będziemy do bazy w Maida Adyr. Po 7 spotykamy się z Vladimirem z agencji Tienshan Travel, krótkie negocjacje i płacimy za mały pakiet po 730 euro. Dołączamy do ekipy Irka i za 16 euro wsiadamy do busa do Karakol. Podróż zlatuje nam bardzo szybko i po południu rozbijamy się na campie w Karakol z ciepłą wodą pod prysznicem i czystymi ubikacjami za jedyne 1o som od osoby. Karakol to spore miasto z szerokimi ulicami, blokami z wielkiej płyty, dużym bazarem, mnóstwem starych audi na drogach. Ceny w sklepach podobne do naszych jedynie wódka o wiele tańsza. ( 3 zł. za całkiem dobrą) .

lot

28.07 Wstajemy przed 8 i idziemy z Jackiem poszukać czegoś do jedzenia. Wszystkie sklepy jednak zamknięte. Pijemy więc kawę w “kawiarni” gdzie przy płaceniu okazuje się, że obsługa jest znacznie droższa niż sama kawa. I dopiero przed 9 kupujemy lepiochy, pomidory na śniadanie, po którym już w czwórkę wychodzimy na wyprawowe zakupy. Załatwiamy to szybko decydując się kupić wszystko w miejscowym supermarkecie. Właściwie można tu już kupić wszystko co potrzeba i jedynie “słodkie chwile” i kabanosy warto zabrać z Polski. Udaje nam się nawet kupić oryginalne kartusze z gazem i namiot bazowy w miejscowym dobrze zaopatrzonym sklepie sportowym. Większym problemem jest zakup większego i taniego garnka, ale i to w końcu się mi udaje. Wracamy na camp, i czekamy na samochód, którym mamy się zabrać do Mayda Adyr. Spóźnia się o dwie godziny i nie jest tak duże jakbyśmy oczekiwali. Pakujemy się do niego niestety brakuje w ni miejsca dla Oli i Grzesia. Auto jedzie bardzo wolno, psuje się co 5 minut bo przegrzewa się pompa paliwa. Co postój kierowca podnosi kabinę, biegnie z baniakiem po wodę do rzeki polewa silnik itd.. Po kilku postojach dochodzi do takiej wprawy, że czynności te zabierają mu tylko 3 minuty. Ok. 22 przyjeżdżamy na miejsce. Leje deszcz więc za 2 euro nocujemy w bazowych kontenerach. Jutro mimo pogody na 100% mamy helikopter.Chan Tengri baza

29.07 Pobudka o 6. Przenosimy graty na lądowisko helikoptera. Ubieramy się. Do kieszeni pakujemy co tylko się da. Mamy wynegocjowane wprawdzie po 50 kg. bagażu na osobę ale i tak nasza waga pokazuje 236 kg. Udaje nam się jednak uniknąć opłaty za nadbagaż. Grupa Irka leci pierwszym kursem do bazy na południu a my czekamy cierpliwie na swoją kolej. Pogoda nie jest dobra ale mamy zapewnienie, że helikopter poleci. Helikopter to spory Mi 8 pomalowany w wojskowe barwy Kirgistanu. O 8.45 po drobnej naprawie tylnego wirnika odlatujemy do bazy na północy. Lot trwa ok..30 minut, super widoki na lodowiec, różnokolorowe jeziora, meandrujące seledynowe rzeki, olbrzymie białe marmurowe głazy wyglądające jak lodowe seraki, i wreszcie żółte namioty bazowe. Baza malutka, położona na lodowcu, brak platform pod namioty, świeży śnieg, błoto. Kłócimy się o miejsce rozbicia naszych namiotów ale w końcu dochodzimy do porozumienia i rozpoczynamy prace obozowe. Jest bardzo ciepło. Mimo, że moja aklimatyzacja powinna być dobra i jesteśmy tylko na 4000 metrów po kilku ruchach łopatą dostaję zadyszki. W końcu rozbijamy nasz namiot i kolorowy namiot bazowy, robimy spiżarnie, stolik, i gotujemy pierwszy bazowy obiad. Po 15 wyruszamy z Jackiem na poszukiwania desek na ławki. Zdobywamy je, budujemy prawdziwy stół, kuchnie, stołki. Niestety w bazie zaczyna padać deszcz. Obok nas rozbija się Ola z Grzesiem tak, że będziemy sąsiadami. Czas spędzamy na czytaniu artykułów Roberta Szymczaka o aklimatyzacji. Ciekawostką dotyczącą szczególnie pań jest, że stosowanie tabletek antykoncepcyjnych na wysokości ponad 4500 metrów może spowodować skrzepy żylne w nogach !!! . Do tej pory nie udało nam się zobaczyć naszej góry. Za to widzę drogę do obozu pierwszego. Nie nastraja optymistycznie. Stromo, po stoku ciągle zsuwają się lawiny, kilka dużych szczelin i wiszące seraki nad całym podejściem. Z chmur wyłania się zwornik Czapajewa, który będzie naszym pierwszym celem. W rzeczywistości cała droga wygląda trudniej niż oceniałem ją po zdjęciach. Ale jak jest w rzeczywistości zobaczymy już jutro.baza

30.07 Budzę się o 5 a na dworze ulewa. Jeszcze 2 godziny w śpiworze i wstajemy. Śniadanie i ponieważ chmury są ponad obozem pierwszym decydujemy się na wyjście. Zabieramy żarcie na 3 dni, gazy, łopatę, namiot, linę i rozpoczynamy przeprawę przez lodowiec pod ścianę. Góra, dół, góra dół, skoki przez szczeliny, marudzenie w grupie czy nie powinniśmy się związać liną, meandrujące strumienie, jeziora i wreszcie po 40 minutach jesteśmy na początku podejścia. Patrzę na ścianę , którą mamy podchodzić a tam lawiny schodzą jedna za drugą, lód i bardzo stromo. Chyba nie zdawałem sobie sprawy, że będzie tak trudno. Zakładamy raki, czekan do ręki i w górę. Nie idzie mi się dobrze. Mija mnie idący bardzo szybko Jacek, potem chłopaki. Idę wolno, dobrze, że Patryk pozostawia prawie 50 cm. Ślady. Kilka zdjęć, na chwilę pojawia się słońce. Dwie dość spore szczeliny niestety bez poręczówek, które ubiegłoroczne wiszą 50 metrów z boku, trawers pod serakami, z których non stop lecą małe lawinki i wreszcie dochodzimy do poręczówki. Wpinam “małpe” i w górę. Tu idzie mi się już trochę lepiej. Jeszcze tylko jedna szczelina i jestem w jedynce. Cała droga zajęła mi dwie i pół godziny a czuję jakby było to co najmniej trzy razy tyle. Jacek zdążył już przygotować prawie całą platformę pod namiot. Herbatka, batony, rozbijamy namiot i w dół. Na poręczówkach używamy tylko lonży z karabinkiem bo tak jest po prostu szybciej. Śnieg zrobił się strasznie sypki, ochłodziło się, a ślady podejścia giną w schodzących lawinach. Przed szczelinami wiążemy się z Jackiem liną i teraz już nie mam wyjścia muszę dostosować się do jego tempa. Schodzimy szybko i nagle zauważamy pozostawiony na lawinisku otwarty plecak. Zaczynamy schodzić w dół przeszukując lawinisko. Na dole spotykamy kazachskich Guidów , którzy widzieli z bazy coś spadającego z góry. Rozpoczynają się poszukiwania właścicielka plecaka. Po prawie godzinie okazuje się, że to plecak jednego z Irańczyków, który spadł mu w czasie drogi do dwójki. On nikomu o tym nie powiedział a ponad 20 osób szukało go pod lawiną. Jeszcze tylko przejście przez lodowiec i jesteśmy w bazie. A tu znów zaczyna padać deszcz.Khan Tengri obóz I

31.07 Całą noc pada, najpierw deszcz a nad ranem śnieg. Zaczyna nma przeciekać podłoga w namiocie, powoli mokną śpiwory. Książka, mp3, i tak zlatuje nam czas do popołudnia. Na chwilę wychodzi słonko i pokazuje się błękitne niebo. Wygląda jakbyśmy znaleźli się w samym centrum niżu. Poprawiamy namiot ale podłoga wciąż jest mokra. Znów zaczyna padać więc lądujemy w śpiworach. Znów pozostaje mi muzyka, tym razem towarzyszy mi Dżem, i czytanie biografii Kapuścińskiego.
1.08 Niespodzianka. Budzi nas świecące słońce. Wreszcie brak chmur i piękny widok na Chana, nad którym unoszą się pióropusze śniegu.. Suszymy nasze rzeczy, jemy, szykujemy się do jutrzejszego wyjścia. Śnieg w bazie szybko topnieje. Ustalamy plan wyjścia. Jutro uderzamy do jedynki, następnie zakładamy dwójkę, schodzimy i śpimy w jedynce, potem znów w górę, nocleg w dwójce, i zdobycie zwornika Czapajewa 6123 metry zostawienie depozytu i powrót do bazy. Plany planami jak będzie okaże się wkrótce.
2.08 Wychodzimy z bazy. Nie czuję się najlepiej. Chyba w Indiach złapałem jakąś bakterie, na którą nie działa nifurokstazyd. Lodowiec przechodzimy trochę dłuższą drogą. Znów stromo w górę, tym razem już bez niespodzianek w postaci lawin. W jedynce nasz namiot stoi w kałuży wody. Spotykamy Leszka i Krzyśka, którzy kończą już akcje. Zostawiają nam kilka nowych kartuszy z gazem, folie nrc i obiecują, że jak jutro będą mieli chwilę to przestawią nam namiot. My tymczasem suszymy czym się da podłogę, bo wody w środku mamy sporo. Gotowanie zabiera nam resztą część dnia. Cały czas działamy razem, Ola z Grzesiem rozbici są w wyższej jedynce.

Khan tengri wspinaczka

3.08 Noc mija spokojnie, chociaż jest bardzo zimno. Czekamy na pierwsze promienie słońca, które da trochę ciepła. W końcu pierwsze promienie oświetlają namiot a z sufitu zaczyna kapać na nas woda. Zbieramy się szybko, i wyruszamy. Niestety spóźniliśmy się i przed nami wychodzi kilka osób. Wpinamy się w poręczówki i wleczemy za nimi. Prawie 1000 metrów przewyższenia, stok nachylony ok.. 45 stopni, poręczówki w opłakanym stanie, brak możliwości postawienia całej stopy, i miejsca gdzie bezpiecznie można ściągnąć plecak i mozolne przepinanie małpy co kilka metrów, tak zapamiętałem te 5 godzin, które zajęło mi dojście do dwójki. Obóz położony wspaniale, sporo miejsca, widok na Chana z widocznym już marmurowym żebrem, drogę na Czapajewa, lodowiec Inylyczek i okoliczne góry. Jak zwykle Jacek rozpoczął już pracę nad platformą pod namiot więc od razu przystępuję do pracy. Namiot stawiamy i porządnie mocujemy bo wiatry tu bywają mocne. Rozpoczynam zejście. Stromo prawie pion a nie da się wpiąć ósemki w poręczówkę. Dziaba i na przednich zębach raków tyłem schodzę ten odcinek. Potem już łatwiej, ścianki pokonuję zjazdami, resztę na lonży. Jak zwykle nie nadążam za Jackiem. Zejście zajmuje mi niecałe 2 godziny, a Jacek zdążył już zrobić herbatę i jedzenie. Nasz namiot stoi na kamiennej platformie, fajnie rozbity nawet nie ma czego poprawiać. Wielkie dzięki chłopaki, mam nadzieję, że uda nam się kiedyś odwdzięczyć. Niestety mam pecha bo wyładowała mi się bateria w aparacie i właściwie jest on teraz tylko zbędnym obciążeniem.Khan Tengri obóz II

3.08 Fatalna noc, prawie wcale nie spałem. Wstaję łykam aspirynę i diuramid i się zaczyna. Pakuje plecak i zaczynam podejście. Idzie mi się fatalnie. Zdrętwiały mi ręce, i ramiona, nie wiem co się dzieje. Dochodzę do namiotu Oli i Grzesia i decyduję, że zostaje. Zaczynam czytać ulotki z leków i okazuje się, że diuramidu nie miesza się z aspiryną. Na miłych pogawędkach mija mi dzień, ale wkurzony jestem straszliwie. Gdzie straciłem formę z poprzedniego wyjazdu??? Przecież byłem tam i spałem na podobnych wysokościach i wszystko było ok. a tu masakra jakaś. Po co w ogóle brałem te lekarstwa czyżbym stawał się lekomanem ?.Chłopaki meldują, że dotarli do dwójki i jutro idą wyżej. A ja schodzę do swojego namiotu na nocleg.
4.08 Wstaję przed 6. Samopoczucie nienajlepsze ale wczorajsze objawy ustępują. Wpinam się w liny, dochodzę do wyższej jedynki, łyk herbaty i w górę. Oj opornie mi to idzie chociaż czas podejścia lepszy niż poprzednio. Po drodze sporo zmian. Wytopiło się sporo śniegu, jest więcej skał i lodu. W dwójce gotowanie, gotowanie. Schodzą chłopaki ze zwornika Czapajewa, opowiadają, że strasznie tam zimno, wieje i sypie. Jacek zjeżdża w dół więc zostaję w namiocie sam. Szykuję wszystko, żeby jutro wyjść jak najwcześniej.

Khan Tengri I

5.08 Wstaję o 5 i zaczynam gotowanie. O 6 wychodzę w górę. Zapowiada się piękny dzień. Pierwszy odcinek drogi jakby nie tak stromy jak poprzednio. Jest nawet 50 metrowy płaski odcinek fajnej śnieżnej grani. Idę sporo szybciej aż dochodzę do skał. Wspin może 3 ale skała wylatuje z rąk. Z góry zlatują lawiny kamieni. Dobrze, że jestem pierwszy ale i tak muszę uważać, żeby dodatkowo niczego nie zrzucić, bo pode mną idą Olka i Grześ. Nad ścianką stromy rumosz skalny, następnie drugie spiętrzenie, gdzie żaden chwyt nie jest pewny, i wreszcie śnieg, który wyprowadza mnie na szczyt. Schodzę trochę w dół i odnajduje jamę z depozytem chłopaków. Widoki wspaniałe. Widać obóz trzeci między dwoma serakami, Czapajewa, szczyt Pabiedy niestety jest w chmurach ale widać cały ogrom masywu., no i nasz Chan Tengri. Nie mam niestety aparatu L. Czekam na resztę, wkopujemy depozyt i zjazdy w dół. Oj nie zjeżdżałem jeszcze na takich linach. Udaje się jednak bezpiecznie dotrzeć do namiotu. Ola z Grzesiem decydują się zostać więc zostaję z nimi. Nie spodziewałem się, że będę jeszcze kiedyś wspinał się z Olą, ale jest bardzo fajnie, i myślę, że dogadujemy się bez problemu.
6.08 Znów wczesna pobudka i w dół. Pogoda się zmieniła wieje i jest pochmurno. Po dwóch godzinach jestem w jedynce. W naszym namiocie rezyduje ekipa “sbornej Polszy” jak nazywa ich Ola. Rozmawiam chwilę z Wojtkiem i jego żoną, i w dół. Wytopiło tu sporo śniegu więc trzeba być ostrożnym ale udaję się szybko zejść na morenę, jeszcze błądzenie po lodowcu i wreszcie baza. Tu niespodzianka, dostaliśmy do dyspozycji jeden z bazowych namiotów, i możemy skorzystać z ciepłej wody do kąpieli. Pogoda pogarsza się, a ja gotuję, suszę rzeczy. Po południu spacer lodowcem do starej rosyjskiej bazy. Kładziemy się do namiotu w czwórkę a na dworze zaczyna się ulewa.

Chan Tengri II

7.08 Budzimy się w mokrych śpiworach ale na szczęście na dworze pogoda wyśmienita. Wygląda na to, że tu w Tien-shanie pogody przewidzieć się nie da. Dziś nic nie zamierzam robić. Chłopaki planują już dalszą akcje, a ja na razie nie chcę o tym słyszeć. Zastanawiam się wręcz czy nie zrezygnować. Nie czuję się dobrze, problemy żołądkowe mnie wykańczają, brak mi sił a góra jest strasznie wymagająca. Chyba nie przygotowałem się za dobrze zarówno kondycyjnie jak i psychicznie. Najważniejsze, że sprawia mi ta wspinaczka o wiele większą przyjemność niż wychodzenie na szczyty tylko z kijkami. Po południu idziemy na piwo za 4 euro do kazachskiej bazy, gramy w karty itd.. Po prostu marazm.
8.08 Znów całą noc leje, i znów wszystko mokre. Od rana nerwowa atmosfera. Zaczynają się rozmowy na temat dzisiejszego wyjścia. Nie chce mi się na ten temat dyskutować bo ja dziś na pewno nigdzie nie idę. Odwiedzam Olę z Grzesiem, gadamy, jemy, Grześ kręci filmy. Wracam do chłopaków, dyskutujemy, kłócimy się ale w końcu osiągamy porozumienie. Jeszcze kilka dni temu usłyszałem, że kierownik jest po to żeby decydować, teraz okazuje się, że jest niepotrzebny bo jego zdanie nie jest decydujące. Cóż życie. Wojtek z Patrykiem zaczynają się szykować do popołudniowego wyjścia a ja z Jackiem postanawiamy jutro dojść od razu do dwójki. Nie za bardzo podoba mi się ten pomysł ale taki kompromis osiągamy. Pakuję plecak, jest bardzo ciężki a sporo rzeczy dołożę dopiero jutro. Chłopaki wychodzą w padającym deszczu a my leniuchujemy w bazie.

Maciek Westerowski

9.08 Noc mija spokojnie, wreszcie mamy sporo miejsca w namiocie. Wychodzimy przed 7, plecak bardzo ciężki a przed nami 1500 metrów deniwelacji. Za nami wychodzą Ola z Grzesiem z tym samym planem. Przez lodowiec przechodzimy we mgle. Na podejściu sporo nowych szczelin, ale po 2,5 godzinie jestem w jedynce. Chwila wątpliwości, zwątpienia ale po odpoczynku ruszam w górę. Idę bardzo wolno, często odpoczywam plecak strasznie mi przeszkadza a tu nie ma nawet gdzie go zdjąć. Dobrze, że Ola i Grześ nie uciekli mi za bardzo, a przed ostatnią ścianką widzę nawet Patryka. Niewiele mi to jednak pomaga i dopiero o 15 jestem w obozie. Oj chyba nigdy dotychczas nie dostałem na podejściu tak w dupę. Jacek przestawił namiot w inne miejsce, w obozie sporo ludzi. Ja zabieram się za gotowanie, jedzenie i robienie zdjęć bo widoki wspaniałe. Jutro idziemy do trójki .
10.08 No i niestety muszę się poddać. Biegunka pokonała mnie, nie dałbym rady iść do góry, a na dodatek boli mnie kręgosłup po fatalnym wczorajszym skoku przez szczelinę. Całą noc trzymałem na nim rozgrzewacze ale niestety nic to nie pomogło. Chłopaki wychodzą w górę a ja zostaję. Postanawiam zostać do jutra. Pogoda piękna, ciepło prawie bez wiatru. Wiem, że kiedyś muszę tu wrócić. Chłopaki zakładają trójkę na samej przełęczy, a mnie zaczyna przerażać ilość rzeczy, które będę musiał znieść w dół, ale górze nie zamierzam nic zostawić.

Chan

11.08 Noc mija spokojnie mimo, że temperatura w namiocie spada do minus 13 stopni, a na dworze bardzo silnie wieje. Już o 7 łączę się z Jackiem. Jest już w drodze na szczyt, zresztą tak jak Wojtek i Patryk. O 8 nagle przestaje wiać, wygląda na to, że ktoś wyłączył wyłącznik. Robi się piękna pogoda. Po 8 Patryk melduje, że rezygnuje i zaczyna schodzić w dół. Postanawiam na niego zaczekać w obozie i razem z nim zejść do bazy. Około 11 dwójkę opuszcza ekipa “sbornej polszy” a chwilę po tym Jacek melduje się na szczycie. Wielkie gratulacje , wejście w czasie ok.. 6 godzin to wielki wyczyn. trochę później na szczycie staje Wojtek. Są jedynymi Polakami, którzy w tym sezonie zdobywają szczyt !!! Trzymam kciuki za ich szczęśliwe zejście, tymczasem do obozu dochodzi Patryk. Jest zmęczony, trochę wkurzony i postanawia zostać tu na nocleg. Cóż zostaję razem z nim. Właściwie to moje myśli kierują się w stronę bazy, coca coli, piwa, czy może nawet trochę dalej do cywilizacji, telefonu, łóżka z pościelą. Chciałbym jak najszybciej zejść w dół i zakończyć akcję. Też jestem wkurzony, że w tym roku górskie plany mi nie wychodzą, zastanawiam się dlaczego. Ale wbrew interpretacji pewnej koleżanki nigdy nikogo nie zostawiłem w górach więc naturalnym jest, że postanawiam zejść rano z Patrykiem. Chłopaki meldują, że szczęśliwie dotarli do trójki, a w dwójce pojawia się Ola z Grzesiem. Przed snem postanawiam sobie, że kiedyś tu wrócę ale na pewno nie będzie to w przyszłym roku.Chan Tengri Maciek Westerowski

12.08 Rano jest bardzo zimno, odkuwam namiot, pakuję go do plecaka, który jest tak ciężki, że trudno do unieść, jeszcze worek ze śmieciami i prawie równocześnie w czwórkę zaczynamy zjazdy. Na pierwszej ściance niespodzianka- nowa poręczówka do zjazdu, za to niżej rzeźbię trochę bo jest trudno, stromo, a poręczówki strach się złapać. Plecak ciągnie do tyłu ale w końcu pokonuje tą przeszkodę. Oj kosztowało mnie to trochę strachu i nerwów. Na dodatek strasznie boli mnie kręgosłup a plecak mogę ściągnąć dopiero w jedynce. Nagle przelatuje koło mnie namiot Olki , staje się nerwowo, nawet nieprzyjemnie. W sumie mnie nie powinno to obchodzić ale trochę żal mi Grzesia. Cóż dla nas to tylko przedmiot, ale Oli celem jest Pabieda ( zdobyta 23.08 WIELKIE GRATULACJE !!! )więc lekki namiot jest jej niezbędny, więc pewnie stąd te nerwy. Bez dalszych przygód dochodzę do jedynki, dokładam do plecaka kolejny depozyt i w dół. Na morenie kolejny ciężar w postaci raków i czekana ląduje na moich plecach i po najdłuższym przejściu przez lodowiec wreszcie dochodzimy do bazy. Kilka godzin później schodzą zmęczeni ale szczęśliwi Jacek i Wojtek. A w bazie coca- cola, wódka, kąpiel i wieczorna super impreza u Miszy kierownika bazy. A już jutro odlatujemy w doliny !!!
13.08  Oj budzi nas Wojtek, i dobrze bo właściwie ciężko sobie przypomnieć kiedy trafiliśmy do namiotu. Głowa jakaś ciężka ale to chyba wpływ zmęczenia i wysokości J. Pakujemy się i idziemy na lądowisko helikoptera. W dół poleci z nami Grześ, bo Ola zostaje jeszcze na Pabiedę a tymczasowo wybiera się w ścianę na poszukiwanie zaginionego namiotu. Pogoda standard Tien-shanu czyli chmury, mgła itd.. Po 9 przylatuje śmigło i zabiera nas do bazy na południu, przelatując ponad 5200 metrową przełęczą. Niestety nie widzimy ani Chana ani Pabiedy bo
chmury nam na to nie pozwalają. Do śmigła wchodzą starzy znajomi z KW Bielsko i razem lecimy w doliny. Jeszcze tylko kilka godzin w trzech różnych autach – jeepie, ciężarówce cysternie i 8 osobowym Uazie docieramy do Karakol. A tu świeże lepioszki, pomidorki, serki, piwo, wódka, łóżka z pościelą, ciepłe kąpiele, działające telefony, internet itd., itd., itd…

Issyk Kul

14 – 20 .08  Teraz czas na odpoczynek. Najpierw Karakol i jego bazary, knajpy, wycieczka trekingowa nad jakiś wodospad, a potem Issyk Kul, czyli drugie co do wielkości słone śródlądowe jezioro, kąpiele wodne i słoneczne, a na koniec Bishkek i jego atrakcje z Osh Bazarem na czele. A wszystko to w towarzystwie wódki za 1 $ lub piwa za 1 euro. Dziwnym zbiegiem okoliczności pozbywam się bakterii i brzuch w końcu pracuje normalnie. Za to problemy z kręgosłupem nie ustępują zostają jedynie znieczulone J. A na koniec rzecz najprzyjemniejsza: ląduję w domu we własnym łóżku :).

Reasumując, mimo że nie zdobyłem szczytu przeżyłem wspaniałą przygodę ze wspaniałymi ludźmi. Po raz kolejny przekonałem się, że są osoby, na które zawsze mogę liczyć, i z którymi zawsze będę chciał gdzieś pojechać. Fajnie, że bliżej poznałem Patryka i Grzesia i myślę, że jeszcze razem złoimy nie jedną górę. Cieszę się, że Oli wreszcie udało się zdobyć tytuł „Śnieżnej Pantery” i życzę jej dalszych sukcesów choć znając ją będzie to pewnie 14 x 8000 zimą :). Dziękuję Wam za wspólną wyprawę, a Jackowi i Wojtkowi jeszcze raz serdecznie gratuluję zdobycia szczytu. A ja wiem, że kiedyś wrócę na północny Inylczek i znów spróbuję zmierzyć się z Chanem.

Więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ.

Dodaj komentarz