Island Peak 6189 m.n.p.m.

Termin: 28.03 – 21.04.2015

Ewerest BC trekUCZESTNICY
Monika Hemmerling
Magda Jędruszczak
Hania Hałasz
Jurek Monkiewicz
Marek Houszka
Robert Wydra
Romek Odolczyk
Radosław Dudek
Paweł Kędzior
Piotrek Rodewald
Maciek Westerowski

Ewerest BC trekRELACJA

28.03. Wieczorem klubowym busem wyruszamy z Katowic do Berlina. Tam dołącza do nas grupa jadąca z Poznania, i po prawie 30 godzinach w podróży lądujemy szczęśliwie na lotnisku w Kathmandu.
29.03. Czekamy tu 30 minut na pozostałą dwójkę uczestników i wspólnie przez przedstawiciela naszej agencji zostajemy przewiezieni do sympatycznego Hotelu „Prime” usytuowanego w samym sercu handlowego Thamelu. Teraz czas na załatwienie wszystkich formalności co zajmuje mi czas aż do wieczora.
Kathmandu to miasto, w którym każdy kochający góry chciałby się znaleźć. To właśnie stąd wyrusza się na podbój Himalajów. Nas wita hałasem klaksonów, tłokiem na wąskich ulicach, kurzem ale też zapachami wschodu, kolorami pamiątek, witrynami sklepów turystycznych. Musi minąć trochę czasu, aż poczujemy się tu dobrze. Pomaga nam
30.03.Od rana znów formalności a potem wyruszamy na zwiedzanie. Przemierzając Thamal kierujemy się w kierunku Durbar Square. Tu wynajmujemy przewodnika, który oprowadza nas wśród tłumu ludzi, zwierząt i motorów po nieco zaniedbanych ale może przez to tak ładnych świątyniach i pałacach. Następnie udajemy się do Swayambmunath, buddyjskiej świątyni zwanej inaczej świątynią małp, ze względu na wszechobecne małpiszony. Niekończące się strome schody prowadzą nas do stupy i dziedzińca ją otaczającego. Całość robi piorunujące wrażenie. Mnisi odprawiający modły, buddyjska muzyka, młynki modlitewne chciało by się tu zostać dłużej. Niestety nadciąga czas burzy i obfitych opadów wiec taksówkami szybko wracamy do hotelu. Wieczorem pakujemy nasz sprzęt i okazuje się, że wspólnego sprzętu mamy aż 120 kilogramów.Namche Bazar1.04. Prima aprilis, ale my zbieramy się już o 5 rano i jedziemy na lotnisko. Dzięki pomocy mojego przewodnika Kumara przepychamy nadbagaż i bez przygód ale też bez Kumara, którego nie wpuścili z nami do samolotu, dolatujemy do Lukli. Sam moment lądowania widzę siedząc tuż za pilotami i robi to na mnie duże wrażenie. Bierzemy bagaże i idziemy na śniadanko do North Face resort. Czekamy tam na przylot Kumara, ale o 13 z jego kolegą wyruszamy w trasę. Trochę niepokoi mnie czy nasze bagaże, które zostawiamy w hotelu dotrą do Island Peak BC, ale co zrobić trzeba wierzyć zapewnieniom, że na 100% będą na nas czekały. Po 3 godzinach meldujemy się w przytulnej Tashi Tagey lodge w Panding. Pierwszy mój nocleg w Himalajach i do tego w tak przytulnym i miłym miejscu .
2.04. Rano Kumara ciągle nie ma. Po śniadaniu wychodzimy w stronę Namche Bazar. Droga biegnie wzdłuż rzeki, mijamy bardzo dużo ludzi, jaki, muły wszędzie wielkie ilości kurzu. Dochodzimy do granicy parku. Niezbędne formalności kupno wejściówek po 100 rupii za osobę i idziemy dalej. Po drodze jeszcze kilka mostów, posterunek wojskowy i zaczynamy podejście do Namche. Mniej więcej w jego połowie jest miejsce, z którego po raz pierwszy podziwiamy Everest. Dochodzimy do Nanche i lokujemy się w Sangri-la Guest House. Herbata i wychodzę na spacer. Powoli idę w górę, widać coraz więcej himalajskich szczytów. Przy kolorach zachodzącego słońca Namche prezentuje się wspaniale. Jeszcze kilkanaście metrów do góry i nagle wyłania się Ama Dablam. Trzeba przyznać, że widziana stąd jest na pewno jedną z najładniejszych gór świata. Wracam na kolacje zatrzymując się jeszcze na przekręcenie kilkunastu młynków w tutejszym klasztorze. Jutro czeka nas dzień odpoczynku.Ewerest BC trek
3.04 Rano zjadamy śniadanko składające się jak zwykle z omleta i tostów popitych herbatą, i idziemy na wycieczkę. Przez wioskę ze szkołą ufundowaną przez Hillarego docieramy na lądowisko helikopterów a następnie lotnisko w Namche Bazar. Widoki wspaniałe, jednak słońce jest bardzo mocne a góry za lekką mgiełką. Podziwiamy panoramę Himalajów z Everestem, Lhotse i Ama Dablam w rolach głównych. Ponieważ dziś sobota wielkanocna zamawiam specjalną kolacje z miejscowym specjałem “stekiem z jaka”
4.04 Wielkanoc, kolejna spędzona poza domem. Uroczyste śniadanie, z jajkami, polską kiełbasą i kabanosami. Stukamy się jajkiem, składamy sobie życzenia. Jest bardzo miło, ale musimy ruszać w dalszą drogę. Dziś naszym celem jest Tengboche. Wynajmujemy dodatkowego tragarza i wychodzimy. Kumar wciąż nie doleciał, bagaże podobno dotarły do Chuckung. Nasza droga wśród kwitnących rododendronów najpierw schodzi w dół do mostu na wysokość ok. 3200 m.n.p.m., a potem czeka nas prawie 800 metrowe podejście. Wynagradza nam to widok z Tengboche. Klasztor,mnisi, panorama Everestu,Lhotse, Nuptse, Ama Dablam. Widok zapierający dech w piersi. O 15 zgodnie z naszą świąteczną tradycją udajemy się na … buddyjskie nabożeństwo. Tym razem w “ołtarzu” patronuje nam wielki sięgający sufitu posąg Buddy. Wieczorem siada widoczność, robi się zimno, w końcu jesteśmy już prawie na 4000 metrów. Wszyscy mówią, że czują się dobrze, więc nie mam powodów do obaw.Ewerest BC trek 35.04. Rano budzą mnie trąbity z klasztoru. Na śniadanie tym razem zamiast tostów tybetański chleb. Widoki jeszcze ładniejsze niż wczoraj, wszystko ostrzejsze jakby bliżej. My zaczynamy dzień od zejścia do Deboche a potem już jednostajnie w górę doliny. Mijamy kilka wiosek, a naszą nieodłączną towarzyszką jest Ama Dablam. Po przejściu przez rzekę po metalowym stelażu dochodzimy do miejsca naszego noclegu Periche 4270 m.n.p.m.. Spacer w stronę moreny oddzielającej dwie doliny, zachód słońca, czortem z nazwiskami tych co zginęli na Evereście to nasze wieczorne atrakcje
6.04. Dziś dzień wolny bo Radosław świętuje swoje 38 urodziny. Szczęściarz kilka godzin później stanie na szczycie Nangkartshang 5090 m.n .p.m.. Ale najpierw czeka mnie wizyta z Markiem i Moniką w szpitalu gdyż nie czują się najlepiej. Monika cierpi na khumbu flu i dostaje antybiotyki, Marek dostaje “wspomaganie”. Wizyta u lekarza wraz z lekarstwami kosztuje to 60$. Dla nich to dzień odpoczynku a my wyruszamy na wyjście aklimatyzacyjne. Częściowo znaną już drogą z wczorajszego wieczornego spaceru wznosimy się do góry. Mamy możliwość podziwiania kolejnego ośmiotysięcznika Makalu. Widoki ładne choć góry za mgiełką, czekam na szczycie na Piotra z Hanią i wspólnie schodzimy w dół. Dziś pozwalam sobie na kupno coca-coli i prysznic. ( razem ok.. 10$). A wieczorem przy “kozie” opalanej łajnem jaków wypijamy szampana za zdrowie Radka.pumori
7.04 Opuszczamy Periche i szeroką doliną idziemy w stronę Dougha. Co chwilę przechodzimy przez rzekę, idziemy sami, gdyż większość trekersów korzysta ze ścieżki powyżej prowadzącej z Dingboche. Ama Dablam została w tyle a jej miejsce zajęła również piękna Cholatse 6501 m.n.p.m.. Nasz nocleg przypada tym razem w Lobuche na wysokości prawie Mont Blank. Niestety warunki noclegowe odbiegają od tych jakie mieliśmy dotychczas. Pokoje z dykty obite folią, wąskie prycze zwiastują ciężką noc. Pierwszy raz pada hasło: ” tu są k… Himalaje a nie Hilton”. Na dodatek temperatura spada do minus 10 stopni wewnątrz. Pod nami tragarze prowadzą swoje Zycie, jedzą, grają w karty, umierają… My kładziemy się dość wcześnie oczywiście po obowiązkowym popołudniowym spacerze na morenę lodowca Khumbu z widokami na Nuptse i Pumorii. Niestety noc jest ciężka. Najpierw Magda ma poważne problemy ( co ja powiem mamie jak umrę?), potem nad ranem słyszymy jak na dole umiera tragarz.
8.06 Oj nie wyspany dziś jestem. Atmosfera nienajlepsza, wszyscy albo chorzy albo zmęczeni noclegiem, albo przybici sytuacją z tragarzem. Powoli ruszamy w górę. Ja jak zwykle z Romkiem powoli w ciszy oddalamy się od grupy. Wychodzimy na Lobuche Pass. Widoki wspaniałe, wreszcie mamy ostrą widoczność. Nuptse, Pumori, Lobuche East, Khumbutsu są na wyciągnięcie ręki. Schodzimy do Gorakshep, lunch i znów w górę na Kala Patar. Wybieramy dłuższą drogę, robimy całą grań zanim stajemy na właściwym szczycie. Everest faktycznie robi stąd duże wrażenie, widać też siodło Przełęczy Południowej i kawałek Lhotse. Wracamy do hoteliku, i dziś mamy chyba najlepsze warunki noclegowe na całej trasie. Jutro planujemy bardzo wczesne wyjście do Everest BC i zejście aż do Dingboche.Everest BC
9.04. Pobudka 4.50, spakowanie, śniadanko i o 5.30 wychodzimy w stronę Everest BC. Słonko powoli wschodzi, jest zimno, zamarza woda w butelkach, ale widoki i super oświetlenie rekompensują to. W czasie drogi widać Everest za którego nieśmiało wschodzi słońce. Schodzimy na lodowiec Khumbu, jest jeszcze zimniej. Kilka pamiątkowych fotografii w bazie i kolorowa aureola nad zachodnim zboczem Everestu świadczy, że już niedługo ogrzeje nas słonko. Pięknie oświetlone Pumori jest wdzięcznym obiektem naszych aparatów. po 3 godzinach meldujemy się w lodge, zabieramy plecaki i w dół. Po godzinie jesteśmy już z Romkiem w Lobuche gdzie doganiamy część ekipy, która nie poszła do BC. Wszyscy spotykamy się po kolejnych dwóch godzinach na herbatce spotykamy się już wszyscy. Od teraz opuszczamy znaną nam drogę i kierujemy się do Dingboche. Wchodzimy dolinę Chukhung, na której końcu czeka na nas Island Peak. Ale jutro dzień odpoczynku.
10.04. Dzień zaczyna się dla mnie o 4 rano kiedy Marek budzi mnie bo bardzo źle się czuje. Rano przy śniadaniu profesorowie decydują, że schodzą w dół, dołącza do nich Monika. Namawiam ich jednak aby podeszli ze mną do czortemu Jurka Kukuczki przed Chukhung i tak też robimy. Pogoda zaczyna się psuć, wieje wiatr, z dołu nadchodzą chmury. Po 1,5 godziny dochodzimy na miejsce. Pięknie widać Lhotse i nasz Island Peak. Schodząc podziwiamy ciężką pracę miejscowych na swoich poletkach. Po południu dociera do nas od Romka informacja o tragedii w Smoleńsku. Idę skorzystać z cholernie drogiego tu internetu i niestety potwierdzam tą wiadomość. Znów w nie najlepszych nastrojach kładziemy się spać.Nuptse
11.04. Pora na ostatnią część naszej wyprawy Island Peak. Przy śniadaniu dowiadujemy się, że Magda postanawia pozostać z „ludźmi” i rezygnuje z próby ataku. W czwórkę schodzą w dół do Namche Bazar, a my ruszamy w górę. Przy czortemie wspólne zdjęcie z biało-czerwoną flagą z kirem, i chwilę później docieramy do Chukhung. Zatrzymujemy się w Ama Dablam View Lodge, gdzie czekają już na nas nasze bagaże wysłane z Lukli, o które tak się martwiłem. Wieczorem zjawia się też nasz szerpa przewodnik a do tego czasu wyjadamy całe jedzenie z depozytów tych co zeszli.
12.04 Rano nie spieszymy się zbytnio. Ponieważ dotarli już tragarze, którzy zniosą nasz sprzęt do Lukli wykorzystujemy ich i z lekkimi plecakami idziemy do bazy. Towarzyszy nam widok na Lhotse i Lhotse Shar z ich słynnymi południowymi ścianami, oraz oczywiście widok Imja Tse – naszego celu. droga ciągnie się w nieskończoność. Spotykamy po drodze Roberta Millera z Austrii, który był na ostatnich dwóch wyprawach z Martyną Wojciechowską gdy zdobywała koronę ziemi. Miło upływa nam czas na rozmowie. On z partnerem aklimatyzują się przed Everestem więc dziś idą do wyższego obozu. Może spotkamy się jutro w drodze na szczyt. Wreszcie po 3 godzinach jesteśmy w bazie. Nasz guide zarezerwował nam miejsca pod namioty, rozbijamy się i zaczynamy szukać wody. Bierzemy ją najpierw z kałuży, potem z zamarzniętego jeziora. Gotujemy, jemy i pijemy oraz słuchamy informacji o warunkach. Niestety nie ma rozpiętych lin poręczowych, jest sporo błękitnego lodu i mocno wieje. Przeprowadzamy krótkie szkolenie z węzłów zasad chodzenia po lodowcu itd. Niepokoi nas tylko bardzo silny wiatr. Pierwszy raz od 12 dni wieje tak mocno. Nastawiamy budziki na 12 w nocy i zasypiamy.Island Peak

13.04. Island Peak

„Gdybym na przykład miał pójść w góry trzynastego i miał jakiś wybór, to nie poszedłbym….” Jerzy Kukuczka. Słowa te pamiętałem przez cały wyjazd, utkwiły mi w głowie gdyż z wyliczeń wynikało, że nasza próba wypadnie właśnie tego dnia, ale oszukiwałem się, że już raz w Maroku udało mi się 13 zdobyć szczyt. Pobudka o 24, otwieramy namiot a na dworze zadymka śnieżna, bardzo wieje. Czekamy do 1, pojawia się nasz Szerpa i oświadcza, że dziś nikt nie wychodzi do góry. Kładziemy się spać, na dworze chwyta silny mróz. Okazuje się, że ciężko przejść kawałek do ubikacji bo wszystko pokryło się centymetrową warstwą lodu. O 6 już nie pada, niby dobra pogoda, trochę śniegu, lód puszcza, ale faktycznie nikt z bazy nie wyszedł. Rozpoczynamy dyskusję co robimy i….decydujemy się na odwrót. Zadaję sobie pytanie czemu, i idę z Pawłem na długi spacer po morenie lodowca. Śnieg topnieje w blasku słońca, ale o trudnych warunkach u góry świadczą pióropusze śniegu nad granią. Wieje nawet tu na dole bardzo mocno. Kilkanaście pamiątkowych fotek, nasz guide nawet nie raczy z nami rozmawiać, w końcu fajnie jest zarobić 300$ nic nie robiąc, i pakujemy się w dół. Ja idę nieco dłuższą drogą chcę bowiem zobaczyć z potęgę południowej ściany Lhotse. W Chukhung zastanawiamy się czy dobrze zrobiliśmy ale popołudniowa burza potwierdza naszą decyzję.
14.04 Rano słonko ale na dworze 7 cm. Świeżego śniegu. Cóż dziś też nie wyszlibyśmy do góry więc nie odwracając się w tył schodzimy w dół. Ci, którzy idą w adidasach schodzą ostatni, żeby zbytnio nie zmoczyć nóg. Mijamy Dingboche i ciągle po śniegu schodzimy aż do Tengboche. Niby moglibyśmy iść dalej ale…fajnie tu i jakoś nie chce nam się stąd wyjść. Zwiedzamy klasztorne muzeum, oglądamy film o buddyzmie, pijemy piwko, i nagle słyszymy “na zdrowie”. Odwracamy się i widzimy wysokiego gościa, który wydaje nam się znajomy. Po chwili przypominamy sobie gościa z ostatnich dni bajtowych Fredrika Stranga. Teraz odprowadza swoją przyjaciółkę pod Lhotse a sam zastanawia się co by tu robić. Wspólna impreza, dziś 14.04 świętujemy nepalski Nowy Rok, ale koleżanka chyba za dużo słyszała o jego “polskich przypadkach” więc szybko zabiera go ze sobą do pokoju.
15.04. Wita nas słoneczny poranek. Ostatni widok na “fototapetę” z Everestem, Ama Dablam itd.. I zaczynamy schodzić. Zmieniło się tu trochę od naszego podejścia. Wszędzie czerwono i różowo od kwitnących drzew rododendronów, mnóstwo kwiatów no i prawie brak turystów. Nie zastanawiamy się nad tym i schodzimy do Namche. Spotykamy się tu z Magdą, Moniką, Jurkiem i Markiem. Oni czyści pachnący ale i my wkrótce korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji. Reszta dnia upływa nam na zakupach, telefonach do najbliższych i jedzeniu. Potwierdzamy nasze bilety powrotne na dzień wcześniej i obchodzimy drugi dzień nepalskiego Nowego 2067 Roku.
16.04 Dziś dość długi odcinek. Najpierw sporo w dół, a na deser 2 godzinne podejście do Lukli. W końcówce po raz pierwszy idziemy w padającym deszczu. Lokujemy się w North Face Resort, w pokojach z łazienkami i czekamy na jutro aby wrócić do Kathmandu. Chyba każdy z nas ma już trochę dość. I gór, i trochę siebie nawzajem. Czasem tak bywa ale dzielnie sobie z tym radzimy.
17.04 Lukla, Lukla……Lukla. Niby mamy lecieć drugim samolotem, ale wciąż nie mamy kart pokładowych, trochę nerwów, opuszczamy lodge i idziemy na lotnisko a tu… szkoda gadać. Setki ludzi czekających na samolot, tłok, ścisk. Większość grup wynajmuje helikopter za 500$ od osoby, a samoloty nie latają i tak jest już od tygodnia. Stąd brak ludzi na szlaku, i tłumy czekające w Lukli. Przenosimy się do Sherpa lodge zaraz przy lotnisku i pewni, że polecimy jutro idziemy spać.
18.04.Lukla, Lukla…..Lukla, czyli dzień świstaka. Mimo, że mamy obiecany 2 lot, i od 6 rano koczujemy na lotnisku nie lecimy. Kolejka chętnych wcale się nie zmniejszyła. Siedzimy z Pawłem cały dzień w biurze Agni i poznajemy zasady lotów. Otóż okazuje się, że pierwszy sprzedany lot to 4 samoloty, drugi kolejne 4, więc powinniśmy polecieć 8 samolotem ale od 10 dni przylatują max. 3, następnego dnia przed nas i tak wskoczą ci co mają bilety na 1 lot, a więc nie wiadomo kiedy polecimy. Wpadamy z Pawłem na pomysł łapówki i zostajemy wyśmiani. Tu każdy tak próbuje, i kończy na locie śmigłem za 500$. Postanawiamy wynająć awionetkę, aby zlecieć w dół a potem dostać się do Kathmandu autobusem. Wieczorem przedstawiam tą propozycje grupie. I nagle cud. Znalazł nas gość, który wcześniej wyśmiał nas za extra kasę, a teraz proponuje lot na lewo. Umawiamy się z nim na 6 rano.
19.04 Lukla 6 rano dostaję 8 kart pokładowych na pierwszy lot. Patrzymy z okna jak nasi wsiadają i bezpiecznie odlatują w dół. Ja z Pawłem i Hanią czekamy na 3 samolot i po dwóch godzinach po uregulowaniu rachunku wylatujemy w dół. W Kathmandu docieramy do hotelu i nie mam już ochoty na nic. Prysznic, reszta formalności z odzyskaniem kasy za nie wykorzystane bilety i spać.
20.04 Kathmandu. Wyruszamy na zwiedzenie Patanu, hinduistycznej świątyni Pashupatinath, i buddyjskiej stupy Boudhanath. Zajmuje nam to cały dzień. Potem już czas na pakowanie, pożegnalną imprezę i spanie.
21.04 Wydawać by się mogło, że to już koniec przygód a tymczasem z powodu wulkanu na Islandii loty do Europy są odwołane i nie chcą nas wypuścić z Kathmandu. Stawiamy jednak na swoim, odrzucając propozycję przełożenia lotu o kilkanaście dni i odlatujemy do Delhi. Tu kolejna przepychanka, trochę nerwów ale dostajemy karty pokładowe na lot do Brukseli, drugi samolot, który od kilku dni opuścił Indie. A dalej bez problemu do Berlina gdzie spotykamy się z Eweliną i jej koleżanką, które były tak dobre i wyjechały po nas.

FOTY Z WYJAZDU MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ

One Reply to “Island Peak 6189 m.n.p.m.”

Dodaj komentarz